06.08.2013

Gramotne (28.07 - 04.08) - część pierwsza ;)



Ostatnio trochę mnie nie było w Warszawie. Pojechałam z wujkiem i ciocią do wsi Gramotne niedaleko ujścia Narewki do Narwi. O tym, że mogą mnie zabrać ze sobą, dowiedziałam się na ok. godzinę przed odjazdem, więc nie zdążyłam zrobić zapowiedzi na blogu - mogłam się tylko szybko spakować.
W godzinach popołudniowych dojechaliśmy do gospodarstwa agroturystycznego. Około dziesięć metrów od domu bociany miały gniazdo z mocno podrośniętymi już młodymi.


Kotek :D
 Ptaków było sporo. Już w połowie turnusu byłam bardzo zadowolona. Gzów i komarów niestety też nie brakowało. :/
Postanowiłam jednak jak najlepiej wykorzystać tą świetną okazję - codziennie wstawałam o ok. czwartej w imię zasady "wyśpię się w Warszawie" i w towarzystwie Pimpka (psa gospodarzy), a także uzbrojona w aparat i sprej na komary, udawałam się w okolice rzeczki. W poniedziałek rano słyszałam zza lasu klangor, ale ani wtedy, ani później nie próbowałam znaleźć żurawi. Klangor, jako dźwięk bardzo wysoki, ma to do siebie, że zdaje się dochodzić z dwudziestu różnych kierunków i jednocześnie z żadnego konkretnego. Starałam się bardziej skupiać na wróblakach, które mam blisko.
Jako pierwsze w oczy rzuciły mi się srokosze (na szczęście tylko w przenośni). Często na jednym drucie siadały trzy, cztery osobniki. Przysiadały też na gałęziach.


 Były i gąsiorki. Na krzakach przy drodze siadały trznadle, a nad rzeką pojawiły się brzegówki i dymówki. Uważnie przyglądałam się każdej pliszce w poszukiwaniu cytrynki, ale nie tym razem.
Z pobocza drogi uciekła mi siewka. Niestety pokazała się od nie do końca tej strony, którą bym chciała zobaczyć; była raczej spora i brązowa, nie wykluczyłabym bekasa. Na ogon nie zwróciłam uwagi.

W ciągu dnia pojechaliśmy na rowerach zobaczyć Siemianówkę (zachodni brzeg). Tam również pojawił się jakiś bekas, ale był to tylko lecący ciemny kształt.
W drodze powrotnej przystanęliśmy na małym moście. Moją uwagę przykuł ptak lądujący na trawniku na terenie sporej działki. Pewnie nie zauważyłabym go, gdyby nie to, że miał niezwykle kontrastowe skrzydła. Ten ptak był moim pierwszym dudkiem :)




Następnego dnia w terenie było znacznie ciekawiej - postanowiłam nie oblatywać wszystkich ciekawszych punktów w krótkim czasie, tylko uzbroić się w cierpliwość (mocno nadwerężoną już przez wszędobylskich krwiopijców), zaszyć się w krzakach i poczekać, aż coś się pokaże. Miałam widok na krzew, który upodobały sobie trznadle. Prawie usiadła na nim rokitniczka, ale zauważyła mnie i błyskawicznie odleciała.
Pierwszy błąd - brak siatki maskującej.
Udało mi się jednak zrobić zdjęcie potrzosowi, który usiadł nieco dalej.




Pliszki
Dzwońce
Młoda pliszka żółta
Gąsiorek
Trznadel



Wydostałam się z krzaków i zaczęłam iść do domu; dwa drapole krążyły, wolno przesuwając się w moją stronę. Coś kazało mi myśleć że jeden z nich, w odróżnieniu od drugiego, nie jest myszołowem. Ptaki przeleciały dokładnie nade mną, w pięknym świetle - w stosunku do takich warunków zdjęcia są kiepskie, ale na jednym widać jasne oko. Kolejna życiówka - trzmielojad :)

Najlepszy strzał, mimo, że tu ptak znajduje się dalej, niż na poniższych zdjęciach.

W towarzystwie ciemnego myszołowa (?).
Tego samego dnia poznałam bardzo sympatyczną rodzinę ptasiarzy, którzy mieszkali w tym samym gospodarstwie. Wskazali mi krążącego wysoko nad podwórkiem orlika krzykliwego.




Później wyskoczyliśmy na kajaki - nasza trasa obejmowała Narewkę, a później Narew, aż do miejscowości o tej nazwie. Po drodze udało mi się zrobić sesję zdjęciową bardzo miłego ptaszka, którą pokażę w drugim poście z wyprawy.

A więc część druga - coming soon ;)

 Pozdrawiam,
Emi

2 komentarze:

damian pisze...

Widać bardzo udany wypad ile fajnych zdjęć. Spotkałaś wiele ciekawych gatunków, gratuluję.
Jak zwykle wszystko bardzo ciekawie opisane :)
Pozdrawiam :))

emi pisze...

Dzięki za miłe słowa i za zaglądanie na blog :)Pozdrawiam.